... w celu zakupienia nowego tylnego koła oraz nowego łańcucha, kasety i zmiana z tarczówek na Vbrake. Jak już wszystko wymienione rower śmiga pięknie, to niestety ja musiałem iść na serwis do lekarza i tak 1,5 tygodnia wyrwane z życiorysu. Trzeba szybko cos podgonić i przygotować formę bo koniec czerwca 3 tygodniowy urlop, więc nie może być lipy.
Początkowo miałem tylko podskoczyć do kumpla, aby oddać mu UPO, bo troszkę wiało i nie miałem chęci walczyć z wiatrem. Ale po krótkiej rozmowie z znajomym postanawiam sprawdzić stan ścieżek w lesie. Niestety zanim dojechałem do ścieżki która mnie interesowała, wmordewind zdemotywował mnie totalnie. W lesie ok ale przez wycinkę drzew, szlaki są w fatalnym stanie przez samochody ciężarowe które zmasażyły je kompletnie. Nic poddaję się i wracam do domu.
Ostatni tydzień nie należał do udanych, lekkie przeziębienie dokuczało trzeba było się podkurować. W sobotę kumpel wybierał się do Żorskiego Decathlonu, czemu by nie skorzystać i się samochodem nie zabrać po oglądać co tam ciekawego jest. Oczywiście zaraz uderzyłem na akcesoria rowerowe, skoro są buty SPD, może by tak i do kompletu pedały SPD dokupić? Początkowo miałem kupić bTwin-y za 79 zł, ale z ciekawości sprawdziłem na kasie w jakiej cenie są Shimano? I zaciesz momentalnie z 129 na 89.99 złoty przecenione!! Bez zastanowienia biorę oczywiście Shimano, poza tym kilka bidonów na zapas, jakieś izotoniki w proszku, i zapomniałem o ochraniaczach na buty, bo w samych trzewikach do roboty rano jeszcze nogi marzną. Dziś postanawiam sprawdzić nowy nabytek, obawy były wielkie czy aby na jakimś skrzyżowaniu albo jakiejś nagłej sytuacji zdążę się wypiąć. Na szczęście na razie w głowie na każdym skrzyżowaniu zaraz załączyła się lampka w głowie "pamiętaj się wypiąć", a nie spodziewany sytuacji nie było. Zobaczymy co będzie gdy już się przyzwyczaję i przestanę myśleć o wypięciu. Trasa krótka, ale wreszcie coś się udało wykręcić.
Wpadam do domu, szybka szama obiadu i póki jeszcze widno wybieram się sprawdzić czy łańcuch chodzi tak jak powinien po ostatnim zerwaniu i zakuciu go na nowo. Wszystko ok, jutro mogę do pracy śmigać na rowerze :D.
Plan na te święta bardzo ambitny, aby dokręcić do 7000 km. Dni wolnych całkiem sporo, i 250 km których brakuje, do osiągnięcia celu, powinno wystarczyć. Właśnie powinno ale chyba się nie uda. Koniec roku i zaczął mnie prześladować pech. Wczoraj debil mnie zahaczył lusterkiem, a dziś na 14 kilometrze złapałem flapa. Był to pierwszy raz od nie pamiętnych czasów. Jak nazłość kolec z akacji, wbił się z boku opony i lipa. Chociaż nie ma co narzekać, na Schwalbach udało się przejechać przeszło 10 tys. kilometrów. Mówi się trudno, trzeba zmienić dętkę i dalej w drogę. Niestety pompka szwankuje i z na wpół napompowaną oponą wracam pomalutku 9 km do domu. Szkoda chęci były duże, na większy dystans a tu klops. Nawet nie chciało mi się już pompować w piwnicy kompresorem. Podobno jakieś minusowe temperatury zapowiadają, oby udało się jeszcze dołożyć tych brakujących kaemów.
Od półtorej tygodnia siedziałem w domu, niestety zapalenie górnych dróg oddechowych wygnały mnie na L4. Myślałem że mnie rozerwie to siedzenie w domu, pierwszy raz zatęskniłem za pracą, o rowerze nawet nie wspomnę. Ale dziś nie wytrzymałem, słońce świeci ale niestety chłodno, więc wybrałem się na krótką przejażdżkę na Ramżę. Niestety formy brak, choroba chyba zrobiła swoje czułem jakieś osłabienie a do tego lewe kolano dawało o sobie znać. Powoli trzeba się rozkręcić, bo nie wiadomo ile jeszcze tych słonecznych dni pozostało.
Po powrocie z pracy, jakoś się tak przejaśniło więc postanawiam zaryzykować i wybrać się na Chudowski zamek. Niestety ryzyko się nie opłaciło, w Ornontowicach zaczęło padać i szybka decyzja o powrocie do domu. Szkoda że nie udało bo chęci były wielkie na dłuższą nawet rajze a tak wyszło jak wyszło.