W końcu udało się wybrać na rower, piątek mala uroczystość a sobota spisana na straty jakoś samemu się nie chciało. Ale w niedziele trzeba było to sobie odbić i wyszło całkiem nieźle pobiłem swój rekord. Wieczorem w sobotę dwa telefony i postanowione jedziemy w trojke. Z początku miały być Goczałkowice ale postanawiamy że jedziemy na Tworków, a jak będą chęci i siły to obieramy cel na Czechy. W Rybniku umawiam się z pierwszym znajomym, i ruszamy (o godzinie 12:00 odbywała się Rybnicka Inicjatywa Rowerowa, w celu pokazania dla magistratu że Rybnik potrzebuje więcej ścieżek rowerowych w mieście i żeby władze wzięły przykład z Gliwic który podobno ma plan konkretny na ścieżki i dużą kasę ). Jedziemy w kierunku Pszowa aby dostać się do Syryni, tam czeka na nas znajomy. Dojeżdżamy po godzinie 12:00 i w trójkę już kręcimy w kierunku Krzyżanowic. 30 minut później jesteśmy pod ruinami zamku w Tworkowie.
Chwilka przerwy i postanawiamy że jedziemy na Czechy, ale wjeżdżamy jeszcze na stary młyn wodny w Tworkowie (niestety brak zdjęcia a szkoda ). Udajemy się w kierunku Borucina. Stamtąd przebijamy się przez pola i kierunek Chuchelna. Pod jakieś sanatorium albo szpitalem mała konsumpcja na czeskiego loda.
Następnie obieramy kierunek Pist, podobno dużo szlaków rowerowych więc postanawiamy to sprawdzić. Faktycznie ścieżek dużo ale to co myśmy wybrali to po prostu masakra. Droga się kończy i znów przez jakieś pole kartoflane normalnie pyrlandia. Ale nic przeprowadzamy jakoś rowery i udajemy się do centrum Psitu. Zimny czeski browarek się należy, tylko nie pomyślałem żeby wziąść korony które mi w domu leżą i zamiast trzech były dwa zimne Radegasty.
Wypite więc ruszamy w drogę powrotną. Mocy trochę brakowało ale regeneracja na Orlenie w Syryni za pomocą kawy i dużego hot doga dodało siły. Parę kilometrów dalej jeden kumpel udaje się w kierunku Wodzisławia Śląskiego, a my już dalej sami na Rybnik. Niestety drugi kumpel w Radlinie również odbija i dalej śmigam sam w kierunku Czerwionki-Leszczyn. Niedziela na duży plus i rekord w wykręconych kilometrach padł mimo ostatnich sił docieram do celu, teraz pozostało wykręcić te 150, rekordy trzeba pobijać.
Siedząc w pracy, przez 8 godzin po głowie chodziła jedna myśl, gdzie tu dziś jechać, i wybór padł kierunek Rybnik a później na Żory. Wracając do domu chęci jakoś mi odeszły przez ten wiatr, więc mówię dziś nie kręcę poczekam do jutra. W domu tak siedze i się zastanawiam co tu dziś robić skoro na rower nie wychodzę hmmm .... może pograć na konsoli w AC Black Flag, .... dobra zbieram się powalczę z tym wiatrem, najwyżej jak się zniechęcę to wrócę. Początkowo wmordewind przez 10 km ale później już ok i ze średnią nie było tak źle. Udało się wykręcić 33 kilometry, źle wyliczyłem sobie trasę, plan od tego tygodnia był taki że jak już wychodzę na rower to najmniej 40 kilometrów musi być ( DPD do tego nie wliczam ), szkoda ale najważniejsze że jest ile jest.
Jakby ktoś mi powiedział że w pierwszym kwartale 2014 roku będę miał przejechane 1000 kilometrów powiedziałbym tej osobie że jest chora. Gdyby nie ta wiosenna pogoda prawdopodobnie dopiero bym rozmyślał nad pierwszym wypadem a tu już tyle na liczniku w tym roku, oby tak dalej. Trzeba jednak coś zmienić i skończyć z ciągłym kręceniem po tych samych rejonach, robi się to już nudne. Trasa podobna do ostatniej chociaż parę modyfikacji było.
Jumbo w Bujakowie. Rok temu go nie było, więc musiałem mu fote strzelić.
Po aktywnym weekendzie w górach, przyszedł czas na kręcenie. Z pracy nie co później wróciłem, szyki obiad i obieram cel w kierunku Orzesza, najlepsza trasa jeśli brak czasu, ponieważ wiaterek zawsze w plecy.